FANDOM


Jedyną rzeczą, jaka w nim była, był ogromny obraz, przedstawiający ogromnego węża z rubinowymi oczyma. Ciekawy zbliżył się do niego. Niespodziewanie rubinowe oczy zaświeciły się, a Wampir padł na ziemię sparaliżowany.

Rosemary: To było nieco nierozsądne. ANTITOXIN.

Zauważył bardzo duży obraz stojący w centrum pokoju. Malunek przedstawiał ogromnego, zielonego węża, który posiadał prawdziwe rubiny zamiast oczu. Zorientował się, że obraz również emanuje dość silną energią. Podszedł do niego i przyglądał się mu. Nagle rubiny zaczęły świecić czerwonym, jaskrawym światłem, a chłopak został odrzucony kilka metrów w tył. Próbował wstać, jednak nie był w stanie się poruszyć.

Rosemarry: To nie było zbyt rozsądne z Twojej strony. Ehhh. Obraz Rubinowego Węża. Coś w rodzaju systemu zabezpieczeń. Jeżeli wyczuwa kogoś, poza mną, automatycznie atakuje. ANTITOXIN .

Z jej ciała wydostawał sie biały gaz, który otoczył Vincenta i uczucie paraliżu ustało.

Rosemarry: Zapewne pochodzisz z czasów, kiedy takie terminy nie istniały. Lifeart jest zmodyfikowaną energią życiową. Posiadasz je Ty, posiadam je ja, posiada je każde stworzenie, które zamieszkuje Rebelland. Dzięki Lifeart jesteśmy w stanie władać Fightart, Elemart. Oprócz tego zadane obrażenia nie są tak poważne, na jakie wyglądają, rany szybciej się goją oraz możemy żyć do kilkuset lat. Myśle, że nie muszę Ci tego dalej tłumaczyć. Posiadasz wiedze praktyczną.

2. Blask o zmierzchu

Zdawał się być dumny z siebie. Prawdopodobnie tylko Jonathan zauważył przybycie Vincenta. Nagle reakcja Dżinnów zmieniła się. Zauważyli, że kule, które wcześniej wystrzelili zmieniły kierunek i lecą w ich stronę. Jonathan bardzo zainteresował się zdolnościami chłopaka.

Jonathan: ”Za życia nie słyszałem o takim ataku. Jestem praktycznie pewny, że emanuje od niego Fightart. Jednak mimo wszystko to dziwne. Mało jaki atak oparty na Fightart jest w stanie odeprzeć Energy Uniform Motion.”

Vincent: Jesteś cała?

Rosemarry: Tak… Myślę, że…

Nagle uderzyła chłopaka w głowę.

Rosemarry: Debilu! Mówiłam, żebyś tu nie przychodził, a ty musisz debilować nie wiadomo po co! Debil, debil, deeeeebi!

Vincent: Pomogłaś mi. Gdybym Cię nie spotkał, zapewne umarłbym z głodu lub zginąłbym z ręki tych dziwnych stworzeń. Twoje losy nie są mi obojętne.

Reakcja Rosemarry natychmiastowo zmieniła się. Złość zniknęła z jej twarzy. Patrzyła na niego z podziwem. Nagle chłopak zauważył, że kobieta patrzy się na niego w dziwny sposób. Spojrzał się na nią zdziwiony.

Rosemarry: Nie trzeba było.

Odwróciła wzrok zawstydzona.

Wszelakie przedmioty, które znajdowały się obok Dżinna, kamienie, samochody a nawet asfalt, bardzo powoli unosiły się i rozpadały, na coraz mniejsze. Za Jonathanem zaczęło tworzyć się tysiące błękitnych łańcuchów, unoszących się ponad nim. Okowy zaczęły lecieć w kierunku Rosemarry. Chłopak widząc to wskoczył pomiędzy kobietę a łańcuchy.

Vincent: INSIGNIA OF THIRTEEN CROWNS.

Niefortunnie tym razem atak okazał się bezskuteczny. Łańcuchy owinęły chłopaka.

Vincent: Cholera!

Rosemarry: Vincent!

Jonathan: Spodziewałem się takiego efektu. Nazwałeś to Insignia Of Thirteen Crowns? Taka potężna nazwa, a sam atak… Pfff. Żałosna zdolność oparta na Fightart. Zmienia właściwości fizyczne ciała, aby było ono zdolne odpierać energię świetlną. Ten atak nie opierał się jednak na energii świetlnej, jak wcześniejsze, lecz na energii potencjalnej. Użyłem dwóch Energy Ball, nie po to, aby zaatakować, ale po to, aby zrozumieć na czym polega Twoja zdolność. Wychodzi na to, że…

Rosemarry: Za dużo gadasz!

Jonathan: Słucham?

Rosemarry: Nie będę się powtarzała!

Jonathan: Kiedy zobaczyłem Cię po raz pierwszy, myślałem, że jesteś kimś istotnym. Jesteś małym, nieistotnym szczegółem. Dlatego szkoda mi czasu na Ciebie.

Poleciał w stronę gruzów, w których leżeli jego nieprzytomni bracia.

Jonathan: Wyjdźcie z gruzowiska, słabeusze. Jak chcecie, możecie się z nią zabawić. On idzie z nami. Zabierzemy go do Arcypana.

Joseph: Przebrzydła kreatura! Jak śmiała mnie tak potraktować!? Jeszcze rozumiem, że Johna, ale mnie!?

Ocknął się zezłoszczony.

John: Ryj! Czas nauczyć skurwieli co znaczy z nami zadzierać!

Wyciągnął z pasa bułat.

Joseph: Masz zamiar zaatakować ją maczetą?

John: Idioto, mówiłem Ci tysiące razy, że to nie maczeta! To bułat!

Joseph: Ojej, dla mnie to tam wszystko jedno.

Do braci dołączył Jonathan.

Jonathan: Wszystko w porządku?

John: 'Jo!

Joseph: Bywało lepiej.

Jonathan: W takim razie czas najwyższy to zakończyć.

Rosemarry: Cóż, przykro mi, jeżeli was nie zawiodę, ale najwyraźniej zabawa zmierza ku końcowi! FALLING BLACKNESS.

Z jej ust wydobył się czarny gaz. Gaz z ogromną szybkością poleciał w stronę podłoża i rozproszył się na dużą szerokość, układając się w równą, czarną powierzchnię. Znaczna jego część otoczyła Dżinny.

John: Co to do kurwy nędzy ma znaczyć!?

Rosemarry: Nie mogę pozwolić wam wygrać czy też zabrać Vincenta do Arcypana. Znam wasz słaby punkt i zamierzam ten fakt wykorzystać. Przykro mi, że to musi się tak skończyć. AQUA REGIA.

Atak został skierowany ku trójce Dżinnów. Z dłoni Rosemarry została wystrzelona pomarańczowa substancja. W miejscu, gdzie stali bracia, rozległ się wybuch. Rosemarry pobiegła w stronę Vincenta.

Rosemarry: Debil! Po prostu debil! Nie mam bladego pojęcia jak Cię odplątać.

Uśmiechała się, jednocześnie mając łzy w oczach.

Vincent: Czemu płaczesz?

Kobieta zagryzła dolną wargę. Po jej policzkach pociekły łzy.

Rosemarry: Bo jesteś debilem.

Nagle łańcuchy, które owijały Vincenta, zniknęły.

Vincent: Co się dzieje?

Rosemarry zrobiła zdziwioną minę.

Rosemarry: Nie mam bladego pojęcia. Może, kiedy Dżinny umierają, ich ataki zostają rozproszone.

Vincent: Twierdzisz, że…

Rosemarry: Tsa. Oni już nie wrócą.

Rosemarry odwróciła się w stronę, gdzie uprzednio stały Dżinny. Na jej twarzy pojawiła się nieufność.

Vincent: Jestem głodny.

Chłopakowi zaczęło burczeć w brzuchu.

Rosemarry: Szczurek?

Zaśmiała się Rosemarry. Vincent strasznie się zniesmaczył.

Vincent: To już wolę chyba ugryźć Ciebie.

Rosemarry oburzyła się i uderzyła go w głowę.

Rosemarry: Nie odszczekuj mi się tu! Jestem starsza i silniejsza!

Vincent: Widzę, że masz dość duże problemy z matematyką.

Rosemarry: Pfff. 

 Dzięki nadnaturalnej energii życiowej, zwanej Lifeart, jesteśmy odporniejsi na obrażenia zewnętrzne, nie chorujemy, żyjemy do kilkuset lat, nie starzejemy się, a przede wszystkim jesteśmy w stanie używać trzech rodzajów energii, przepływających przez nasze ciało. Stanął przed rzeką, Sekwaną i nabierał wody do wiader. Słońce już zaszło. Niebo mieniło się pięknymi odcieniami pomarańczu i różu. Pojawiły się na nim pierwsze gwiazdy.

Vincent: ”Nic nie pamiętam z ostatniego dnia, jaki przeżyłem w starym świecie, poza niebem, które wyglądało dokładnie tak samo, jak to. To naprawdę piękny widok. Ciekawi mnie, jak to się stało, że tylko ja przeżyłem, jak to się stało ,że nic nie pamiętam. Jest tyle pytań, na które nie znam odpowiedzi. Szczerze mówiąc, przeraża mnie to wszystko. Mam nadzieję, że z czasem... Z resztą nie ważne. Nie jestem typem sentymentalnego człowieka, bo w końcu... Należy żyć chwilą, czyż nie?”entrum miasta. 

Vincent: Rosemarry. Wszyscy kiedyś umierają. Bez względu na to, w czyjej obecności, umierają zawsze sami. Obojętnie, czy byś tam była czy nie, ona i tak śmierci musiałaby podołać sama. To głupia, ludzka idea. Ludzie wierzą, że można umrzeć nie w samotności, jednak samotność jest nieunikniona. Dosięga nas wszystkich.

Rosemarry: Nieprawda! Przestań pieprzyć!

Vincent: Tobie jest po prostu ciężko pogodzić się z tym, że ona umarła. Ale byłaś bezsilna, i nie mogłaś nic zrobić. To nie jest w żadnym wypadku Twoja wina.

Rosemarry: Nie...

Vincent: Odpowiedz mi na pytanie. Co mogłaś zrobić?

Rosemarry: Nic... I właśnie to doprowadza mnie do szału! Nic nie byłam w stanie zrobić!

Zaczęła bardzo głośno szlochać.

Rosemarry: My, Bazyliszki jemy dokładnie co dwadzieścia osiem dni, w każdą pełnię księżyca. Przez dwadzieścia siedem dni nie jemy zupełnie nic, zaś na dwudziesty ósmy jemy dziesieciokrotnie więcej, niż sami ważymy. Taka już nasza natura.

Vincent: Aha.

Nastała dłuższa cisza.

Rosemarry: a słońce... Cały dzień świeciło, jak szalone.

Vincent: Myślisz, że coś się dzieje?

Rosemarry: Nie wiem, ale obawiam się, że jeżeli tak, to nie jest to nic dobrego. Najbardziej niepokoi mnie fakt, że Dżinny współpracują z Wilkołakami.

Vincent: Słucham!? Czemu mi tego nie powiedziałaś wcześniej?

Rosemarry: Bo nie sądziłam, że to istotne. Państwo Wilkołaków mieści się w Ameryce Północnej. Obecnie jest to najpotężniejsze państwo na świecie. Zwie się Państwem Lykańskim. Z kolei Dżinny zamieszkują Nowe Indie. Mieszczą się one w Azji, na Półwyspie Indyjskim. Nowe Indie podlegają bezpośrednio Państwu Lykańskiemu.

Vincent: Sojusznicy?

Rosemarry: Te Dżinny, z którymi walczyliśmy wczoraj, nie były zwyczajnymi Dżinnami. Pochodziły ze szlachty, co oznacza, że ich pozycja społeczna i zdolności były na bardzo wysokim poziomie. Prawdopodobnie nie zaprezentowały nam pełni swoich umiejętności. Mimo, że potraktowałam je Aqua Regia, to nie jestem pewna, czy to zaskutkowało. Aqua Regia to nic innego, jak woda królewska, czyli jedna z najbardziej żrących sybstancji. Jest na tyle żrąca, że jest w stanie stopić lampę Dżinna, jednak...

Vincent: A ja jak zwykle nie wiem o co chodzi.

Rosemarry: Każdy Dżinn posiada swoją lampę, z którą się rodzi. Jest to butelka wykonana ze specjalnego szkła. Pomiędzy lampą a Dżinnem jest coś, w rodzaju więzi. Jeżeli zniszczysz lampę, Dżinn umiera. Jednak szlachta... Szlachta nie jest zwana szlachtą bez powodu. Szlachta to potomkowie pierwotnych, czyli najsilniejszych z Dżinnów. Przedstawiciele tej grupy są o wiele poteżniejsi i wytrzymalsi niż przeciętne Dżinny. Dlatego mam nadzieję, że udało mi się je pokonać.

Vincent: Zauważyłem, że są silni. Nigdy nie mierzyłem się z aż tak poteżnymi przeciwnikami. Nigdy nie spotkałem się z kimś, kto panowałby nad żywiołem.

Rosemarry: Mówiłam Ci, że świat się zmienił.

Vincent: Chciałbym, abyś opowiedziała mi więcej. Jeżeli chcę przetrwać muszę poznać Rebelland dokładnie. Po wczorajszej potyczce czuję się bezsilny. Powiedz mi, ile ras zamieszkuje Rebelland?

Rosemarry: Cóż, przypuszczam, że kilkaset.

Vincent: Aż tyle?

Rosemarry: Wiesz, kim jesteś i znasz zapewne Wilkołaki. Od czasu, kiedy się obudziłeś miałeś okazję poznać rasy, takie jak Bazyliszki i Dżinny. Na tym jednak to się nie kończy. Ras w tym świecie jest dużo, a każda z nich w ma inne zdolności. Co więcej, nie każde stworzenie da się zabić w ten sam sposób.

Vincent: Rozumiem.

Rosemarry: My, Bazyliszki nie niestety posiadamy swojego państwa i nigdy go nie posiadaliśmy. Jesteśmy rasą koczowniczą i zamieszkujemy najróżniejsze tereny. Od pięćdziesięciu sześciu lat nie opuszczałam Paryża, jednak pamiętam, że kiedyś Bazyliszki zamieszkiwały i Nowe Indie i Państwo Lykańskie.

Vincent: Tkwisz tutaj aż pięćdziesiąt sześć lat!? Przecież jeżeli tyle nie opuszczałaś Paryża, to Twoje informacje mogą już dawno być przedawnione!

Rosemarry: Powątpiewasz we mnie?

Vincent: Nie, ale...

Rosemarry: Kto Ci wczoraj dupę uratował?

Vincent: No Ty, ale...

Rosemarry: Nie ma ale! Nie krytykuj! Chcesz poznać Rebelland w pełni, czy nie!?

Vincent: Tak...Chcę

Rosemarry: A więc oprócz zdolności, stworzenia z Rebelland posiadają najróżniejszy wygląd, propagują najróżniejsze idee i rodzą się w najróżniejsze sposoby. Ja jestem Bazyliszkiem. Powstałam jednak w sposób laboratoryjny, jako połączenie gada i człowieka, jednak z tego co wiem, Bazyliszki są zdolne do rozrodu.

Vincent: Uhm, musimy naprawdę rozmawiać akurat o tym?

Zaczerwienił się.

Rosemarry: Ehhh, spoko. Kontrolujemy Fightart i Fusionart, a nasze ogólne zdolności polegają na otruciu przeciwnika. Nasze ciało jest nafaszerowane tysiącami najróżniejszych substancji, jednak nie wszystkie Bazyliszki są w stanie używać wszystkich ataków.

Vincent: Tysiące najróżniejszych substancji w jednym ciele? To troche naciągane.

Rosemarry: Nie dowierzasz? Ja sama opanowałam dokładnie dwa tysiące osiemdziesiąt jeden ataków, w których są również i te, które sama stworzyłam.

Vincent był zaszokowany.

Vincent: Dwa tysiące osiemdziesiąt jeden!? Więc jakie Ty mogłaś mieć problemy z pokonaniem tych Dżinnów, z którymi zmierzyliśmy się wczoraj!?

Rosemarry: Powiedziałam Ci, że przez trzydzieści trzy lata nie było tu ani jednej, żywej duszy. Nie używałam większości ataków przez prawie pół wieku, więc nie dziw się, jeżeli niektórych nie jestem w stanie używać. I tak mogę być z siebie dumna, że byłam w stanie wykonać Falling Blackness czy Aqua Regia.

Chłopak zaczął ziewać.

Vincent: Dobra, jesteś potężna, mocarna, niewiarygodna. Resztę skończysz jutro. Ja już nie mam siły, naprawdę.

Rosemarry: Dobrze się składa, bo akurat ja też jestem śpiąca. Pójdę do siebie i się trochę prześpię. Dobranoc.

Vincent: Dobranoc.

Kobieta zeszła na dół. Wyszła przed kamienicę i zaczęła powolnym krokiem kroczyć w kierunku miasta. Nieustannie przyglądała się niebu. Było ono czarne. Całe miasto było w mgle.

Rosemarry: "To dziwne. Na niebie nie ma ani jednej chmury, a jednak nie widać gwiazd. Ich blask... I ta mgła..." Nie, ogar! Przeginam! Cholera, przecież to normalne, że pogoda się zmienia. Raz gwiazdy są, a raz nie ma. Szlag by to, ide do domu, do łóżka. 

Powróciła do kamienicy. Weszła do swojego pokoju, położyła się na swojej wersalce i zasnęła. Zaczęła śnić.

Evangelina: I wracamy do punktu wyjścia. 

Rosemarry: Evangelina. Znowu Ty? Czemu posiadasz kobiecą postać?

Evangelina: To nieistotne. 

Rosemarry: Więc po co przybyłaś?

Evangelina: Wiara urzeczywistnia niemożliwe. Jeżeli nie ma wiary, niemożliwe pozostaje niemożliwym. A Ty? Czy we mnie wierzysz, Rose?

Rosemarry: Staram się wierzyć, ale...

Evangelina: Ale wszystko wydaje Ci się absurdalne, ponieważ umarłam dwieście dwadzieścia sześć lat temu? Zaraz ogień zacznie mnie trawić, więc słuchaj. Gargulec stoi na sali. Sala prowadzi do Brzasku i Zmierzchu. Tam skryty jest miecz.

Zaczęła płonąć.

Evangelina: Aby go zdobyć, musisz wybrać Bramę Brzasku!

Rosemarry obudziła się. Natychmiast pobiegła na górę, do pokoju Vincenta.

Rosemarry: Vincent! Znowu mi się śniła Evangelina.

Vincent: Mówiłem Ci, że to tylko sen. Nie wierzę w takie bajki.

Rosemarry: Cisza! Musimy iść do Biblioteki BloodMurderingów i odnaleźć jakiegoś Gargulca.

Vincent: Naprawde, to już zaczyna...

Rosemarry: No chodź!

Złapała chłopaka za rękę i pociągła ze sobą.





Rozległ się huk. Rosemarry leżała na ziemi.

Rosemarry: Aua. Mój tyłek.

Vincent: Nic Ci nie jest?

Kobieta próbowała wstać

Rosemarry: Nie, nic. Poślizgnęłam się tylko na jakims...

Ponownie się poślizgnęła, czemu towarzyszył hałas.

Rosemarry: Moje biodro. Ała.

Vincent: Nie rozumiem, jak można poślizgnąć się na betonowej podłodze.

Rosemarry: Bo to, na czym stoje, to nie beton, debilu! Jak włączyć światło!? Gdzie jest włącznik!?

Vincent: Ta zdolność daje mi możność widzenia w ciemnościach. To działa na podobnej zasadzie co echolokacja. Mój mózg wysyła specjalne fale. Jeżeli w pobliżu znajduje się jakiś przedmiot, fale odbijają się od niego i wracają do mnie, tworząc obraz.

Rosemarry: Niepotrzebnie. Nie jesteś wyrzutkiem. Jesteś po prostu edycją limitowaną, jeżeli wiesz, o czym mówię.

Zaśmiała się.

Vincent: Tsa.

Rosemarry: Miałeś jakiś przyjaciół wśród Wampirów?

Vincent: To nieistotne. Wampiry to już przeszłość. Ja nie żyję przeszłością. Nawet jeżeli miałem przyjaciół, to oni nieżyją, więc są nie istotni.

Rosemarry: Czasem wydajesz się taki nieludzki.

Vincent: Czy uważasz to za coś dziwnego?

Spojrzał się na nią poważnym wzrokiem.

Vincent: Nigdy nie byłem człowiekiem.

Rosemarry: Wiesz. Denerwuje mnie to w Tobie.

Vincent: Mój brak człowieczeństwa?

Rosemarry: Nie chodzi mi o człowieczeństwo, czy jego brak. Twierdzisz, że nie jesteś czuły, bezwzględny, że nie widzisz w innych żadnych wartości. Każdy ma swój punkt widzenia, i ja to szanuje. Po prostu... Denerwuje mnie to, że nie jesteś szczery. Nienawidzę czegoś takiego. Jeżeli ludzie są przyjaciółmi, to powinni być ze sobą zawsze szczerzy, a Ty...

Vincent: Poślizgnęłaś się na wosku z roztopionych świec.

Rosemarry: Słucham?

Spojrzała w dół.

Vincent: Gdzie wogóle ten Gargulec?

Rosemarry: Zmieniasz temat. Jesteś bezczelny!

Vincent: Przyszliśmy tu w określonym celu. Jak sobie przypominam, to nie było nim rozkminianie mojego charakteru, tylko odnalezienie Gargulca.

Rosemarry: Ciekawe, jak mam go znaleźć, jeżeli nic nie widzę.

Vincent: Potrafisz dwa tysiące osiemdziesiąt jeden ataków i żadnym nie możesz oświetlić sobie okolicy lub przynajmniej określić, co znajduje się w Twoim otoczeniu?

Rosemarry: Pfff. Jestem Bazyliszkiem, a nie cudotwórcą.

Posliezgnęła się.

Rosemarry: Cholera jasna. Co ten wosk ma do mnie...

Vincent: Jesteśmy w centrum. Otaczają nas księgi, miliony ksiąg. Wszystkie zostały spisane przez moich przodków. Przydałoby się dowiedzieć, czego konkretnie szukamy, chociaż i tak uważam, że masz wybujała wyobraźnie.

Rosemarry: Jestem pewna, że nie. Nie prowokuj mnie, bo zaraz potraktuję Cię takimi chemikaliami, że nie przestaniesz się drapać przez najbliźsze dwa tygodnie.

Vincent: Nie. Nie używaj żadnych ataków. Tu jest pełno najróżniejszych pułapek. Jeżeli wyczują coś dziwnego, Twoje Fightart lub Fusionart, to może zrobić się niebezpiecznie.

Rosemarry: No ale nie mogę tak bezczynnie stać, jak Ty mnie denerwujesz.

Chłopak spojrzał zażenowany na kobietę. Uśmiech z twarzy Rosemarry znikł. Oburzyła się.

Rosemarry: Co to za wzrok!?

Vincent: Nie ważne. Może w kieszeni mam jakąś zapalniczkę, poczekaj.

Zaczął przegrzebywać kieszeń.

Vincent: Masz.

Wyciągnął zapalniczkę.

Rosemarry: Dzięki.

Vincent: Obok Ciebie stoją świeczki. Z tego co widzę, nie są wypalone. Spróbuj je podpalić.

Kobieta, nic nie widząc, ostrożnie podeszła do stolika, na którym stały świeczki. Zapaliła je.

Rosemarry: Już. Niech się stanie światłość. Całe szczęście, że...

Zaniemówiła.

Rosemarry: Rzeczywiście, ogromna ta biblioteka. Nie wiem gdzie zacząć.

Vincent: Też nie mam bladego pojęcia.

Zaczął przeglądać książki. Rosemarry zauważyła, że w centrum pomieszczenia jest bardzo dużo niewypalonych świec. Postanowiła większość z nich zapalić, aby było lepsze światło. Nagle, w oddali, zauważyła jakiś ciemny korytarz.

Rosemarry: Do czego prowadzi ten korytarz?

Vincent: Nigdzie nie prowadzi. To po prostu pomieszczenie, w którym mieszczą się obrazy, rzeźby i najróżniejsze antyki, należące do BloodMurderingów.

Rosemarry: Przyjrzę się tym rzeczom, jeżeli można.

Vincent: Robuta co chceta.

Zaciekawiona Rosemarry wzięła świecę ro ręki i udała się do ciemnego korytarza. Przyglądała się obrazom, meblom, jednak szczególną uwagę skupiała ku rzeźbom. Bardzo szybko doszła do końca pomieszczenia. Stała tam ogromna rzeźba przedstawiająca jakiegoś Wampira. Wampir wyrzeźbiony był z kamienia. Rosemarry zwróciła szczególną uwagę na fakt, że kamienna rzeźba posiadała koronę i złote berło z umieszczonym wewnątrz klejnotem.

Rosemarry: Vincent, możesz na chwilę tu przyjść?

Chłopak słysząc ją, odłożył książkę i udał się w jej kierunku.

Vincent: Znalazłaś coś istotnego?

Rosemarry: Sama nie wiem. Powiedz mi. Kogo przedstawia ta rzeźba?

Vincent: Wybacz, ale nie mogę powiedzieć. To dotyczy naszej przeszłości. Nie możemy nikogo w nią wtajemniczać.

Rosemarry: A co w tym gostku takiego tajemniczego?

Vincent: To nieistotne.

Kobieta zauważyła szyb wentylacyjny, który zasłaniała owa rzeźba.

Rosemarry: Vincent, spójrz. Tam jest jakiś szyb wentylacyjny.

Vincent: O nie! Chyba nie masz zamiaru tam włazić?

Rosemarry: A jak inaczej, debilu, mam się upewnić, że przeszukaliśmy każdy zakamarek?

Vincent: Przecież jeszcze nawet nie zaczęliśmy szukać!

Rosemarry: To właśnie teraz zaczniemy od tego szybu.

Podeszła do posągu i próbowała go odsunąć. Okazała się jednak za słaba.

Rosemarry: Może tak podejdziesz, dżentelmenie, i pomożesz mi przesunąć ten Twój pomnik?

Zniechęcony chłopak podszedł i razem z kobietą przesunął ogromną rzeźbę.

Rosemarry: Nie myslałam, że jesteś aż taki silny. Wyglądałeś mi na takie chucherko, a tu patrz. Silny jesteś.

Zaśmiała się.

Vincent: A Ty znowu swoje?

Rosemarry: Tak. Dokładnie. Ja znowu swoje. Wejdę pierwsza.

Vincent: Słuchaj RubyShining, nie chcę, żeby zabrzmiało to niegrzecznie, ale to mój teren, także ja wejdę pierwszy, a Ty ewentualnie idź za mną.

Kobieta zrobiła oburzoną minę.

Rosemarry: Nie będziesz mi mówił, jak mam żyć!

Owróciła się w kierunku szybu, jednak Vincent z nadludzką predkością do niego wszedł.

Rosemarry: Cholera jasna! Głupi debilu!

Weszła do szybu i szła tóż za chłopakiem. Przejście było ciasne, pełne kurzu i pajęczyn.

Rosemarry: "Szyb wentylacyjny w podziemnej bibliotece. Rosumiałabym szyby, ale on jest tu jedyny. To dość dziwne. Zakurzony, brudny i od dawna 'nieużywany, a jednak nie wzbudziło to u niego żadnych podejrzeń. Jakby coś przede mną ukrywał. Wiem, że znamy się niedługo, ale mógłby mi zaufać, chociaż trochę.

Nagle chłopak zatrzymał się.

Rosemarry: Czemu nie idziesz dalej?

Vincent: Zdajesz sobie sprawę z tego, że w tym momencie łamię kodeks Wampirów?

Rosemarry: Jaki znowu kodeks?

Vincent: Zasada trzecia mówi, aby nie wtajemniczać w sekrety Wampirów istot innych, niż Wampiry. Ufam Ci. Wydaje mi się to wszystko niedorzeczne, ale jednak staram się Ci wierzyć. Nie znamy się długo, więc nie mogę ufać Ci w pełni. Muszę Cię o coś zapytać, Rosemarry. Jesteśmy przyjaciółmi, prawda?

Rosemarry: Oczywiście, że tak! Co to za głupie pytanie!?

Vincent: I cokolwiek dzisiaj zobaczysz, dowiesz się, pozostanie to pomiędzy nami, mam rację?

Rosemarry: A niby komu miałabym powiedzieć!? Poza tym, masz mnie za jakiegoś zdrajcę!?

Vincent: Nic z tych rzeczy. Po prostu chciałem mieć pewność.

Rosemarry: Vincent. Zaufałam Ci. Opowiedziałam Ci moją historię, zaprowadziłam do swojego domu, opowiedziałam o swoich zdolnościach, a przede wszystkim cały czas staram się Cie nauczyć, czym jest Rebelland. Jeżeli byłabym wrogiem, nie robiłabym tego. Możesz mi ufać. Wszystko pozostajie pomiedzy nami.

Vincent: To dobrze. W takim razie jestem już spokojny.

Ponownie zaczął iść. Kobieta uśmiechnęła się.

Rosemarry: "Kodeks. Trzyma go kodeks. Nic przede mną nie ukrywał, po prostu nie chciał łamac odwiecznych praw, które przestrzega jego rasa. Chociaż może i jest w tym nieco braku zaufania. Ale to dobrze. Mądrze postępuje, jeżeli mi nie ufa, nawet jeżeli to mnie boli. W Rebelland nikomu nie powinno się ufać... Końcem końców jednak próbuje mi zaufać, a to jest dla mnie ważniejsze niż cokolwiek. Przyjaźń. Przyjaźń w Rebelland jest czymś bardzo trudnym do zdobycia. Czymś ważnym. Mogę być szczęśliwa, ponieważ po tylu latach, mam przyjaciela."

6. Kamienny Strażnik



Rosemary: Cholera jasna! Plecy mnie już bolą. Długo jeszcze?

Vincent: Nie narzekaj! Jesteśmy tu tylko i wyłącznie z Twojej winy!

Rosemary: No wiem, ale to przejście jest takie długie.

Vincent: Widzę. To dość dziwne. 

Rosemary: Stawiała bym na męczące, ale jak chcesz określać to jako dziwne, to spoko.

Vincent: Przejście jest bardzo długie, a nie ma w nim ani jednej pułapki. Nie wydało Ci się to dziwne?

Rosemary: A czemu miałoby mi się to wydać dziwne? Biblioteka była bardzo dobrze ukryta. Po wejściu do niej, nie można używać innych zdolności, niż Wampirzych, bo inaczej uaktywniają się pułapki. Sam szyb był tak dobrze ukryty, że prawie niezauważalny. Na jaką cholerę jakieś pułapki w nim?

Vincent: Myślimy w dwa, różne sposoby. Sam fakt, że szyb był ukryty znaczy, że prowadzi do czegoś istotnego. Innymi słowy powinny znajdować się tu jakieś pułapki.

Rosemary: Według Evangeliny, natkniemy się na jakiegoś Gargulca. Może to jest ta pułapka?

Vincent: Aha. Rzeczywiście. To dopiero niespodzianka. Gargulec w Paryżu? Niemożliwe.

Rosemary: To nie czas na sarkazmy, debilu!

Vincent: Ja chce tylko zwyczajnie podkreślić, że w Paryżu jest mnóstwo rzeźb Gargulców i nie dziwiłoby mnie to, jakby i w Bibliotece Bloodmurderingów natknęlibyśmy się na jakiegoś.

Rosemary: Wydaje mi się raczej, że jest to coś innego niż posąg czy pułapka.

Vincent: Mianowicie?

Rosemary: Prawdziwy Gargulec. Słyszałam kiedyś opowieści o Gargulcach i choć nigdy w życiu żadnego żywego nie widziałam, to informacje były raczej wiarygodne. 

Vincent: Wiesz o nich coś więcej?

Rosemary: Są podobno ogromne, a ich ciało jest z kamienia. Potrafią również latać. Ich moce to kontrolowanie wody. Myśę jednak, że nawet jeśli będzie to żywe stworzenie, to poradzimy sobie we dwóch.

Vincent: A co, jeżeli Gargulec będzie miał jakiegoś asa w rękawie?

Rosemary: Słyszałam, że potrafią używać Petrification, jednak w to wątpię.

Vincent: Właśnie! Coś mi tu od początku nie pasowało. No bo zwiesz się Bazyliszkiem, więc powinnaś potrafić jednym spojrzeniem zmienić kogoś w kamień, co nie?

Rosemary:  Widzisz... Ja nigdy nie opanowałam Elemart... Nie potrafię posługiwać się Petrification.

Chłopak zaczął się śmiać.

Vincent: Jesteś hipokrytą. Wcześniej tak szpanowałaś, co to nie ja, że potrafisz używać dokładnie dwa tysiące osiemdziesiąt jeden ataków, a teraz okazuje się, że nie potrafisz używać zdolności, za którą zwą Cię Bazyliszkiem.

Rosemary: Spadaj! Sam jesteś hipokrytą! Tak naprawdę, niewiele Bazyliszków opanowało Elemart. To znikoma możliwość.

Vincent: Heh. Czyli Gargulce biją was na łeb na szyje.

Rosemary: Wiesz. To nie moja rasa została całkowicie wytępiona przez Wilkołaki. Mimo, że wielu z moich rodaków zamieszkuje Państwo Lykańskie, radzą sobie oni bez najmniejszych problemów.

Chłopak zamilkł. Jego twarz, z roześmianej, zmieniła się w melancholijną

Rosemary: Nie masz nic do dodania?

Nastała dłuższa cisza.

Vincent: Nie. Kobieta zorientowała się, że jej słowa przybiły chłopaka. Ogarnęło ją poczucie winy.

Rosemary: Z początku wydajesz się być pesymistą czy smutasem, potem zaczynasz być irytujący... Ale kiedy bliżej się Ciebie pozna, widzi się, jak bardzo jesteś wrażliwy. Nie chciałam Cię zranić, ja po prostu...

Vincent: Nie przeoraszaj za to, że powiedziałaś coś szczerze. Nigdy nie powinno przepraszać się za szczerość, jakkolwiek byłaby ona bolesna. Widzę jakieś światło. Prawdopodobnie, to wyjście. Przygotuj się, bo nie wiemy co nas tam czeka.

Ponownie nastąpiła irytująca cisza. Niedługo później, wydostali się z szybu. Stanęli przed ogromnym, kamiennym posągiem Gargulca, stojącym w centrum ogromnego pomieszczenia, które przypominało salę balową. Pomieszczenie było wyłożone czarnymi i białymi kafelkami, układająceymi się we wzór szachownicy. Niedaleko znajdowała się fontanna, ogromna niczym jezioro. Ponad nimi zwisały złote żyrandole, w których cały czas płonęły świece.

Vincent: Co, jak co, ale Twoja intuicja jest niezawodna.

Rosemary: Ta. W sumie sama nie mogę uwierzyć w to, co się teraz dzieje.

Vincent: Najwyraźniej duchy są wśród nas.

Gargulec otworzył oczy

Rosemary: Jesteś gotów?

Stworzenie machnęło skrzydłami, tworząc ogromny strumień powietrza. Vincent i Rosemary zostali odrzuceni w tył i uderzyli o ścianę. Gargulec wydał z siebie niewiarygodnie głośny ryk.

Rosemary: Cholera! Chyba złamał mi rękę.

Vincent: CONJUNCTION OF POWER.

Odskoczył od ściany w nadludzkim tempie i z całej siły uderzył Gargulca w pysk. Atak okazał się bezskuteczny. Gargulec uderzył kamiennym ogonem Vincenta. Chłopak upadł i zaczął pluć krwią.

Rosemary: Vincent!

Vincent: "Co to za dziwaczne uczucie. Mam nieodparte wrażenie, że znam go, ale nie mam bladego pojęcia, skąd. Coś jest nie tak."

Rosemary: "Nie jestem pewna, czy Vincent da mu radę. Muszę mu w jakiś sposób pomóc. Użyłabym Fatal Roar, ale boję się, że zniszcze całe to pomieszczenie."

Vincent: CONJUNCTION OF POWER.

Ponownie zaatakował Gargulca. Tym razem skupił całą swoją energię, uderzając potwora w brzuch. Atak, jak wcześniej, nie był efektywny. Zdenerwowane stworzenie złapało Vincenta i bardzo mocno ściskało w łapie. Chłopak przeraźliwie krzyczał z bólu.

Rosemary: Vincent! FATAL ROAR.

Z jej ust wydostał się ogromny ryk. Był on na tyle potężny, że zmusił Gargulca do wypuszczenia z rąk Vincenta i złapania się kolumny, aby nie został odrzucony w tył. Kiedy atak ustał, stworzenie wzniosło się za pomocą skrzydeł i poleciało w kierunku kobiety.

Martin: SPIRAL SHOT.

Woda z fontanny zaczęła się unosić i wlatywać do ciała Gargulca poprzez uszy, nosdrza i pysk. Potwór stanął przed Rosemary i wypuścił serię wodnych pocisków w kształcie spirali.

Rosemary: "Znam tak wiele ataków i nie jestem bezbronna. Czas walczyć, jak za dawnych lat." Nie licz na to. 

Schroniła się za najbliższym filarem. Ten jednak, pod wpływem uderzeń, zawalił się. Ataki ustały. Podczas, gdy Gargulec pochłaniał wodę z fontanny, aby przypuścić kolejny atak, kobieta wyskoczyła z ukrycia.

Rosemary: CONJUNCTION OF POWER.

Wzniosła się skokiem ponad ziemię.

Rosemary: A teraz płacz. BULLET ANT STING.

Na jej dłoni wyrosło niewielkie żądło. Kobieta wbiła je potworowi w szyje. Zdenerwowane stworzenie bardzo mocno uderzyło Rosemary, odrzucając ją na kilka metrów. Zdezorientowana bestia zaczęła pocierać szyję. Kobieta pobiegła do Vincenta.

Rosemary: Nic Ci nie jest?

Vincent: Połamał mi chyba rzebra, ale dam radę.

Rosemary: Nie. Pozwól mi wszystkim się zająć.

Nagle stworzenie zaczęło czuć tak niewyobrażalny ból, że wpadło w furie i zaczęło niszczyć wszystko, co go otacza. 

Vincent: Co Ty mu zrobiłaś!?

Rosemary: Sprawiłam, że poczuje niemiłosierny ból. Gdyby nie był taki brutalny w stosunku do Ciebie, ja bym nie była brutalna dla niego.

Niespodziewanie, zdenerwowany Gargulec podleciał do niej i uderzył ją bardzo mocno w plecy. Rosemary została odrzucona na kilka metrów i wpadła na ścianę. Stworzenie podleciało ponownie do niej i zaczęło w nią uderzać.

Vincent: Rosemary! 

Kobieta była w w krytycznym stanie. Jej ciało było całe w krwi. Zdesperowany chłopak wstał i zaczął iść w kierunku Gargulca.

Vincent: CREATURE OF BAT BLOOD AND BODY.

Jego ciało zaczęło rosnąć i przemieniać się. Jego uszy i zęby znacznie wydłużyły się, oczy stały się całe czerwone, jego ciało nabrało brązowego futra, jego palce zmieniły się w ogromne, czarne pazury, a z jego pleców wyłoniły się ogromne skrzydła. Vincent, w obecnym stanie przypominał ogromnego, człekokształtnego nietoperza. Chłopak rzucił się w nadludzkim tempie na potwora, złapał go i odrzucił w drugą stronę. Stworzenie przebiło swym cielskiem będącą za nim ścianę.

Vincent: Zdychaj!

Wzniósł się w powietrze i poleciał do Gargulca. Stworzenie wstało. Wampir zadał mu potężny cios w brzuch i odrzucił go w sufit. Ciało Gargulca zaczęło powoli się kruszyć. Przez szczeliny w jego ciele wypłynęła cała woda, którą wcześniej pochłonął i spadła na Vincenta. Chłopak odbił się od ziemi i niewiarygodnie potężnym uderzeniem zabił Gargulca, którego ciało rozpadło się na kawałki. Vincent przybrał pierwotną postać i spadł wycieńczony na ziemię.


8. Brama Brzasku


Rosemary przekroczyła wrota. Ujrzała rażące światło, które po chwili zniknęło. Kobieta była zdziwiona. Otaczał ją ogromny ogród, w którym rosły najróżniejsze warzywa, zioła i kwiaty, wznosiły się ogromne drzewa owocowe, a po jego środku mieściło się ogromne jezioro, o wiele większe niż fontanna, którą wcześniej widziała. 

Adam: Jak śmiecie tu wchodzić?

Rosemary była zaskoczona. Odwróciła się i zauważyła mężczyznę, który patrzył na nią złowrogo.

Rosemary: Nie wiem, kim jesteś, ale to chyba Ciebie miała znależć. Musisz mi...

Adam: Nic nie muszę!

Uniósł się w górę, dzięki ogromnym, anielskim skrzydłom i wyciągnął ręce przed siebie.

Rosemary: "Co on, u licha planuje!?"

Adam: AIR BULLETMULTIPLE - FOUR.

Wystrzelił w stronę Bazyliszka cztery, wietrzne pociski. 

Rosemary: Moje ciało jest w krytycznym stanie... Jednak mnie nie doceniasz! FATAL ROAR.

Z jej ust wydobył się poteżny ryk, który zniszczył wszystkie wietrzne pociski i przy okazji połamał otaczające ją drzewa.  Adam: Ryk niczego sobie.

Zleciał na ziemię.

Adam: AIR BULLETMULTIPLE - TEN.

Wystrzelił serię kolejnych, wietrznych pocisków. Kobieta wzięła włęboki wdech i wydech. Była bardzo poważna i skupiona. Z niewiarygodną szybkością i gracją uniknęła wszystkich dziesięciu Air Bullet i podbiegła do Adama. Złapała go za szyje i podniosła go góry.

Rosemary: Musisz uratować Vincenta!

Adam: Odmawiam! Nie będę uzdrawiał śmieci!

Rosemary spojrzała na niego złowrogo.

Rosemary: Jeżeli... Jeżeli on umrze, to osobiścię Cię zabiję!

Mężczyzna wyrwał się z rąk kobiecie i wzniósł się do góry.

Adam: Nie obchodzi mnie jego życie! Nie mam zamiaru pomagać Rebellandczykowi!

Rosemary: A więc zmuszę Cię, abyś to uczynił! BULLET ANT STING.

Na jej dłoni wyrosło żądło. 

Rosemary: CONJUNCTION OF POWER.

Skoczyła i wzbiła się bardzo wysoko w powietrze. Próbowała wbić żądło w nogę Adama, jednak ten uniknął ataku i zniknął jej z oczu.

Adam: Gotowa na śmierć? APNEA.

Zaskoczona kobieta odwróciła się do niego. Adam stał tóż za nią. Poczuła lekki wiaterek. Zdziwiła się.

Rosemary: Co to miało być?

Adam: Zobaczysz.

Rosemary: Ja...

Nagle przestała móc oddychać. Meżczyzna zaśmiał się.

Adam: Mówiłaś, abym Cię nie lekceważył, podczas gdy sama zlekceważyłaś mnie. Oto Apnea, jedna  z najpotężniejszych zdolności, jakie znam. Lekki wiaterek, który towarzyszy atakowi to zwyczajna dywersja. Tak naprawdę zaatakowałem Twój umysł. Apnea pozwala mi zablokować ośrodek w Twoim mózgu. Dzięki temu ośrodkowi, podświadomie oddychasz. Teoretycznie nadal wiesz, jak oddychać, ale Twój umysł nie jest w stanie przetworzyć tej informacji. Jesteś Bazyliszkiem, więc powinnaś zrozumieć. Ta zdolność bardzo przypomina wasze Falling Blackness, tyle że... Jest o wiele potężniejsza. Jeszcze kilka sekund i będzie po wszystkim. Rozkoszuj się ostatnimi chwilami życia, śmieciu!

Kobieta przypomniała sobie słowa Evangeliny.

Evangelina: A Ty? Czy we mnie wierzysz, Rose?

Przestała wspominać. Niepewnie spojrzała w stronę Vincenta.

Rosemary: "Wiara... Wierzę w Ciebie głęboko, Evangelino, jednak... Jednak to mi nie pomoże. Nie jestem w stanie Ci pomóc, Vincencie. Najwyraźniej umrzemy oboje. Przepraszam."

Zaczynała powoli tracić przytomność

Evangelina: Nie!

Krzyk przykuł uwagę Rosemary i Adama.

Evangelina: REVIVAL.

Wokół Rosemary pojawiła się intensywna, jasna poświata. Poczuła ona ciepłe powietrze, przelatujące przez jej ciało i zaczęła oddychać. Straciła przytomność. Evangelina i Adam spojrzeli złowrogo na siebie.

Adam: Evangelina CherryPreferring. Jesteś tu zbędnym elementem.

Evangelina: AdamDaybreakCommanding. Omal nie zabiłeś kolejnej mojej przyjaciółki, draniu!

Adam: Przyjaciółki!? Nazywasz tą marną istotę przyjaciółką!? Pfff! Nic się nie zmieniłaś! Nadal nie rozumiesz, że Bazyliszki, jak i cała reszta Rebelland, to zwyczajne śmieci, pozbawione godności!?

Evangelina: To Ty jesteś pozbawionym godności śmieciem. Należałeś do najpoteżniejszych Aniołów, ale zaprzepaściłeś to. Teraz propagujesz poglądy Lucifera!

Adam: Nie waż się mnie go niego porównywać! Zadaniem Aniołów było chronić ludzi! Nie sprzeciwiam się Panu, tylko dlatego, bo nienawidzę Rebellandczyków! Oni nie są ludźmi i nie mają prawa bytu! Grzeszą! Są degeneratami, którzy w nieczysty sposób zyskali dar drugiego życia! To czyste zło!

Evangelina: Nie możesz ciągnąć swojej nienawiści przez wieczność! A Pan, od zarania dziejów propagował inne poglądy! Nawet rzekomo złowrogie Demony nie są w zupełności złe, tak mówił! Też są ludzkimi duszami...

Adam: Zamilcz!

Evangelina: Jesteś Aniołem, a nie królem i pamiętaj o tym! Kiedyś byłeś inny, ale się zmieniłeś! Zastanawiam się, jakim cudem nie jesteś jeszcze Upadłym! Stałeś się potworem, w dodatku z własnej winy! To przez to, że odrzuciłeś własnego brata, tylko dlatego że jest Demonem. Wiesz dobrze, że to, co zrobił było niezamierzone! Kierowałeś się ślepo prawem i to...

Adam: Zamilcz, albo Cię zabiję! Ja nie mam brata! On nie jest moim bratem! Jest czystym złem!

Evangelina: Stał się złem przez Ciebie!

Adam: APNEA.

Skierował atak w stronę Evangeliny.

Evangelina: HEAVENLY ARMOR.

Pojawiła się przed nią ogromna, okrągła tarcza, układająca się z białych, niczym puch chmur. Z czterech stron zdobiły ja cztery pary złotych, anielskich skrzydeł. Atak Adama się nie powiódł

Adam: Zapomniałem o tym. Heavenly Armor? Tak, to takie cudowne. Stworzyłaś swoje własne, unikatowe ataki, w tym tarcze, która odbija wszystkie możliwe ataki Aniołów. To takie niesprawiedliwe, że jestem o tysiąc pięćset lat starszy, a nasze poziomy są zrównane. Jesteś odporna na moje Elemart... Giń więc z ostrza miecza!

Wyciągnął miecz.

Adam: Eva. Że też do tego dochodzi. Anioł przeciwko Aniołowi. 

Uderzył mieczem w Heavently Amror i zniszczył je. Kobieta również wyciągnęła miecz i osłoniła się nim przed kolejnym ciosem Adama. Zaczęli walczyć. W tym samym czasie, Rosemary odzyskała przytomność.

Rosemary: "To... To chyba... Tak, to Evangelina! Wiedziałam! Wiedziałam, że mi się nie śniło! Jaka ona piękna. Chyba również jest Aniołem. Teraz wszystko zdaje mi się jasne. Tylko nie rozumiem, dlaczego oni ze sobą walczą? Jeżeli są Aniołami, to czy nie powinni się wspierać?"

Evangelina próbowała przeciąć Adamaw pół. Mężczyzna zrobił unik i pojawił się z tyłu niej, zadając jej cios w plecy. Evangelina spadła na ziemię. Otoczyła ją chmura pyłu.

Adam: Teraz to Twój koniec!

Leciał w jej kierunku, aby zadać ostateczny cios. 

Evangelina: Za wolno! HEAVENLY WINGS SHOT.

Pył osiadł. Evangelina zaczęła formować formować przed sobą kulę wiatru. Z kuli wyłoniły się dwa, ogromne, złote, anielskie skrzydła. Wystrzeliła kulę w stronę Adama. Mężczyzna próbował jej uniknąć, ale kula otoczyła go skrzydłami i zamknęła w sobie. Evangelina schowała miecz i poleciała do Rosemary.

Evangelina: Rose! Nic Ci nie jest?

Rosemary: Wiedziałam, że to nie były tylko sny!

Evangelina: Wiem. I jestem Ci wdzięczna, że mnie posłuchałaś. 

Rosemary: Musimy pomóc Vincentowi...

Evangelina zrobiła smutną minę.

Evangelina: Niestety, tylko Adammoże to uczynić.

Rosemary: Ale on nie chce tego zrobić!

Evangelina: Vincent nie może umrzeć. Jeżeli on umrze... całe Rebelland polegnie!

Rosemary była zszokowana.


9. W imię honoru


Rosemary: Jak to Rebelland polegnie!? Nic nie rozumiem.

Evangelina: Widzisz, każdemu światu brakuje do perfekcji. Są wojny. Obojętnie, czy żyjesz w Niebie, Piekle czy Rebelland. Wszedzie życie jest ciężkie. W Rebelland powoli nadchodzi czas strasznej wojny.

Rosemary miała grobową minę.

Rosemary: Wojny!?

Evangelina: Niestety.

Rosemary: Ale... Ale jakiej znowu wojny!? Przecież już była jedna, pieprzona wojna, która zmieniła wszystko! Po co kolejna!? I co z tym wszystkim ma wspólnego ma Vincent!? Przecież powiedział, że przez ten cały czas spał, że nie wiedział o żadnej wojnie! Tak powiedział! Czyżby... Czyżby mnie okłamał!?

Evangelina: Nie. Vincent nikogo nie okłamał. On pewnie sam o tym nie wie. Takie jest jego przeznaczenie, ponieważ jest ostatnim Wampirem w Rebelland. On musi pokonać Arcypana. Wilkołaki nie siedzą bezczynnie, cały czas trwają prace nad wynalezieniiem broni idealnej. Ich technologia jest na coraz wyższym poziomie. Ich moce również. Są najpotężniejszą rasą w Rebelland. Posiadają bardzo poteżnych sojuszników, Dżinny. Nie powinnam ingerować w sprawy Rebelland, łamię tym prawo, ale... Nie chcę by kolejny świat został zniszczony przez tych, którzy zniszczyli mój!

Miała łzy w oczach. Rosemary przytuliła ją.

Evangelina: To Vincent jest ostatnią nadzieją tego świata.

Nagle rozległ się śmiech Adama. Zaskoczyło to kobiety.

Adam: Nadzieją? Ostatnią nadzieją, powiadasz? Dla tego świata nie ma nadziei!

Złote skrzydła, w których uwięziony był Adam, zaczęły pękać.

Evangelina: Niemożliwe!

Rosemary: To jest...

Owe skrzydła zostały zniszczone.

Adam: Naprawdę. Jestem taki zdegustowany. Kiedy Ty się w końcu nauczycie słuchać, Evangelina? Przecież powiedziałem Ci, że nasz poziom jest zrównany! Nie powstrzymasz mnie czymś takim!

Evangelina wyciągnęła swój miecz.

Evangelina: Rose! Zostań tu, gdzie jesteś i nie ingeruj, chodźby nie wiem co!

Rosemary: Ale...

Evangelina: Nie ma żadnego ale! To Adam DaybreakCommanding, jeden z byłych Archaniołów! Zna wiele legendarnych ataków, z którymi sobie nie poradzisz! Jeżeli coś Ci się stanie, to ja sobie tego nigdy nie wybaczę! Straciłam już jednego przyjaciela... Nie mam zamiaru tracić następnego! Poza tym... To sprawa honoru!

Wzbiła się w powietrze i zaatakowała mieczem Adama.

Adam: Racja, Eva. To sprawa naszego honoru

Odbił atak Evangeliny.

Rosemary: "Honoru? Co takiego wydarzyło się pomiędzy Wami? Dlaczego pałacie do siebie taką nienawiścią? Chociaż nie. Znam Cię na wylot, Evangelino. Ten wzrok, to nie nienawiść. To smutek... Co takiego się pomiędzy Wami wydarzyło?"

Nagle spojrzała na Vincenta. Wstała i resztkiem sił zabrała chłopaka z pola walki i ukryła za drzewem.

Rosemary: "Evangelina twierdzi, że bez Ciebie Rebelland polegnie, ale właściwie mnie to nie dziwi. Od kiedy Cię zobaczyłam, wiedziałam że jest w Tobie coś wyjątkowego. Nie myliłam się. Twoim zadaniem jest uratować Rebelland, co? Mam nadzieję, że zmienisz ten szary świat, nadasz mu barw."

Uśmiechnęła się. Tymczasem pojedynek miezy Evangeliną i Adamem trwał. Ich siły były zrównane. 

Adam: Zawiodłem się na Tobie. Myślałem, że stać Cię na znacznie więcej.

Evangelina: HEAVENLY WINGS SHOT.

Kula z ogromnymi, anielskimi, złotymi skrzydłami została wystrzelona w stronę Adama.

Adam: Nie dam się więcej w to złapać. AIR BULLETMULTIPLE – THIRTY.

Wystrzelił trzydzieści wietrznych pocisków w kulę Evangeliny, doszczętnie ją niszcząc.

Evangelina: "Zniszczył Heavently Wings Shot! W dodatku potrafi używać Multiple aż w takim stopniu!?"

Adam Rany, rany. Nie rozumiem Cię, dlaczego bronisz takich śmieci?

Evangelina: Nie waż się tak nazywać Rosemary! HEAVENLY WINGED AUREOLAS SHOTMULTIPLE – TWO.

Pojawiły się przed nią dwie, gigantyczne, złote aureole z malutkimi, złotymi, anielskimi skrzydełkami po bokach. Adam był zaskoczony.

Adam: A to co? Kolejny z Twoich tworów, co?

Kobieta oddychała bardzo głośno. Użycie ataku kosztowało ją wiele energii.

Rosemary: "To musi być jakiś potężny atak, skoro Evangelina jest aż tak wycieńczona."

Evangelina: "Cholera. Ponad połowa mojego Elemart się wyczerpała. Może nie powinnam była łączyć Multiple z tym atakiem."

Aureole ustawiły się, jedna przed, a druga za Adamem.

Adam: Hmmm? Co planujesz? 

Z aureoli nagle wyleciały bardzo potężne strumienie powietrza, przypominające tornada. Uderzyły z odu stron jednocześnie. Zdawałoby się, iż zmiażdżyły mężczyznę.

Evangelina: "Czyżby mi się udało?"

Rosemary: Evangelina! Za Tobą!

Zaskoczona kobieta odwróciła się. Adam próbował przeciąć ją w pół, jednak Evangelina w porę odskoczyła. Mimo to została zraniona. Jej rana ciągła się od klatki piersiowej po brzuch i krwawiła.

Rosemary: Evangelina!

Adam: Widzisz? Jeżeli będziesz broniła Rebellandczyków, to czeka Cię wyłącznie śmierć.

Evangelina: Ja nie bronię Rebellandczyków. Bronię przyjaciół!

Adam: A więc umrzesz za nich!

Zaczął lecieć z mieczem w jej stronę.

Evangelina: "Chyba jednak nie ma innego wyjścia. Jak tak dalej pójdzie, to wszyscy zginiemy. W głębi serca ciężko mi go zranić, ale..."

Odparła atak Adama. Próbowała ponownie ustawić aureole tak, aby Anioł znalazł się w polu rażenia strumieni wiatru, jednak on bardzo szybko uciekał.

Adam: Nie łudź się. 

Rosemary: "Nie mogę siedzieć tak bezczynnie. Nie wiem za bardzo, o co chodzi, ale coś powstrzymuje Evangelinę. Jak tak dalej pójdzie, to ich walka będzie trwała wiecznie. Zaatakuje go z zaskoczenia i pokonam." CONJUNCTION OF POWER.

Skoczyła w górę, wzbijając się bardzo wysoko. Adam i Evangelina byli zajęci walką i nie zauważyli lecącej w ich stronę kobiety. 

Rosemary: Dla Rebelland! BULLET ANT STING.

Wbiła żądło w łydkę Adama. Straciła resztkę sił i zaczęła spadać w dół. Evangelina porzuciła walkę z Adamem i poleciała za Rosemary. Złapała ją i delikatnie położyła na ziemi.

Adam: "Co to było!? Co ona mi zrobiła!? To..."

Zaczął drzeć się z bólu.

Evangelina: "Rose, zrobiłaś coś, czego ja nie miałam odwagi zrobić. Przepraszam... Nie widziałam Cię od tamtego dnia, w którym to wszystko się skończyło. Zmieniłaś się. Stałaś się twardsza. Chociaż nie, nie zmieniłaś się... Ty zawsze taka byłaś! Twarda!"

Po jej policzku pociekła łza. Nagle przez jej brzuch przeszedł miecz Adama.

Adam: Śmieci! Dranie! Jak śmieliście!? Wiecie, jak to niewyobrażalnie boli!?

Stał zrozpaczony. Cały, aż się pocił z bólu. Zaskoczona Evangelina odwróciła się w jego stronę. Zaczęła pluć krwią.

Evangelina: Sam... Sam sobie na to zasłużyłeś! Myślałam, że jesteś  w stanie na nowo być tym, kim niegdyś byłeś, ale... Ale to zwyczajnie przeszłość. Ciemność zawładnęła Tobą. Nie będę się już powstrzymywała. Mimo, że serce mówi mi co innego, to stanowisz zagrożenie... Dla mnie... Dla moich przyjaciół... A nawet dla siebie!

Wbiła mu miecz w mostek. Mężczyzna próbował wyciągnąć miecz, jednak nie miał na to siły. Padł na kolana.

Evangelina: Nie jesteśmy śmieciami, zrozum to w końcu! Zaślepiła Cię nienawiść i już nie jesteś w stanie odróżnić dobra od zła. Niegdyś byłeś moim wzorcem, ale pochłonęła Cię nienawiść. Miałam nadzieje, że nie będzie musiało to tego dochodzić, ale jednak. Żegnaj, Adam. 10. W sercu na zawsze


Z rany Adama wylewało się coraz więcej krwi. Mężczyzna daremnie próbował powstrzymać krwotok. Z każdą chwilą był coraz słabszy.

Adam: A więc wygrałaś... Evangelino.

Evangelina: Nie traktuję tego jak wygraną... Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie?

Spojrzała na Adama. Mężczyzna był zdziwiony, gdyż w twarzy Evangeliny nie było widać złości czy nienawiści.

Evangelina: Byłam wtedy zwyczajną dziewczyną, która straciła wszystko.

Zaczęli wspominać. Evangelina leżała nieprzytomna na trawie. Niebo było bezchmurne i błękitne. Otaczały ją liczne drzewa owocowe. Nagle obudziła się. Wstała zdziwiona i rozglądała się.

Evangelina: Gdzie ja jestem!? Przecież ja...

Adam: Jesteś w domu.

Kobieta spojrzała zaskoczona na stojącego za nią mężczyznę.

Evangelina: Kim jesteś!? Gdzie ja jestem!?

Adam: Spokojnie. Nie denerwuj się. Nazywam się Adam. Jestem czwartym Archaniołem.

Evangelina: "Archaniołem!?" Mam rozumieć, że jestem w Niebie!?

Adam: Owszem.

Uśmiechnął się.

Adam: A jak brzmi Twoje imię?

Evangelina: Evangelina... Evangelina CherryPreferring.

Adam: Piękne imię.

Evangelina: Muszę wracać... Mojej przyjaciółce grozi niebezpieczeństwo. Muszę jej pomóc.

Pobiegła przed siebie.

Adam: Nie możesz. Właśnie zakończyłaś etap ziemskiego życia. Jesteś w Niebie. Aniołom zabronione jest bezpośrednie ingerowanie w losy śmiertelników. Przykro mi.

Evangelina: Ale ja muszę! To moja przyjaciółka!

Adam: Nie rozumiesz? Obojętnie co się stało, nic jej nie będzie. Jeżeli będzie miała szczęście, zachowa ziemskie życie. Jeżeli umrze, prawdopodobnie zjawi się tutaj. Teraz najważniejsze jest, abyś odpoczęła i nabrała sił. Powinnaś coś zjeść.

Spojrzał ciepło na kobietę i uśmiechnął się. Evangelina uspokoiła się.

Evangelina: No dobrze. Więc co takiego mogę zjeść?

Adam: Rozejrzyj się. To wszystko jest do jedzenia.

Kobieta zastanawiała się, które owoce powinna wybrać. Nagle zauważyła drzewo wiśniowe. Wydawała się oszaleć z tego powodu.

Evangelina: Wiśnieeeee!

W nadludzkim tępie podbiegła do drzewa. Wspięła się po jego pniu, siadła na gałęzi i konsumowała owoce.

Adam: Teraz już rozumiem, czemu masz na nazwisko CherryPreffering.

Zaśmiał się. Kobieta wystraszyła się. Mężczyzna siedział obok niej, na gałęzi.

Evangelina: Ale... skąd się tu wziąłeś!?

Adam: Jestem Aniołem. Podleciałem tu na skrzydłach.

Evangelina: Szybko Ci zeszło.

Adam: Ty też potrafisz poruszać się w nadludzkim tempie.

Evangelina: Naprawdę!? Cóż... To cudownie. Zapewne też mam skrzydła?

Adam: Bingo!

Zaśmiał się. Kobieta zrywała wiśnie garściami i bardzo szybko je zjadała. Nastała chwila ciszy.

Adam: Musisz mieć jakąś ukrytą siłę.

Evangelina: Słucham? Jaką siłę?

Ada: Jesteśmy na Polach Elizejskich. To jedno z najświętszych miejsc w całym Niebie. Mało kto ma szansę tu trafić. Pojawiają się tu tylko osoby z czystym sercem i potężną siłą woli. Pewnie w przyszłości będzie z Ciebie cudowny Anioł, chociaż już wyglądasz cudownie.

Kobieta spojrzała na siebie. Była ubrana w brudne, zniszczone szmaty. Zrobiła się czerwona.

Evangelina: Wyglądam jak czupiradło! Nie patrz na mnie, nie patrz, nie patrz!

Mijały lata. Oboje, każdego dnia zacieśniali więzi między sobą, zwierzali się sobie ze wszystkich sekretów, wygłupiali się, spędzali ze sobą każdą chwilę. Pewnego dnia leżeli na trawie i przyglądali się jezioru i zachodowi słońca.

Evangelina: Powiem Ci, że Niebo to cudowne miejsce. Nigdy nie czułam się tak szczęśliwie. Jest idealnie.

Adam: Naprawdę? Cóż, nie ma idealnych miejsc. Nawet Niebo ma swoją ciemną stronę.

Evangelina: Co masz na myśli?

Adam: Wojny. Nawet tutaj, w cudownym Niebie, są wojny. Każdego dnia walczymy z Demonami i wielu z nas ginie.

Evangelina: Walczycie? Dlaczego ja nigdy nie walczyłam?

Adam: Coż, jesteś jeszcze na to za młoda. Kiedyś nauczę się zdolności, jakimi posługują się Anioły, ale ten czas jeszcze nie nadszedł.

Minęło kilkadziesiąt lat. Była noc. W Rebelland trwała bardzo krwawa wojna, pomiędzy Aniołami a Demonami. 

Adam: Anioły! Nie poddawać się! Nie możemy tego przegrać! Wybić, co do jednego!

Zabijał mieczem każdego Demona, jaki tylko stanął mu na drodze. Cała okolica była ogarnięta pożarem. Anioły atakowały za pomocą wiatru. Demony atakowały ogniem. Wiele z nich, walczyło również za pomocą mieczy. 

Nicholas: Bracie! Zaprzestań w końcu, proszę! Nie przybyliśmy do Rebelland w celu walki z wami! Obchodzimy z naszymi przyjaciółmi Święta Eterowych Lasów! 

Adam: Nicholas, zrozum to w końcu! Takie jest prawo! Nie wolno nam ingerować w życie Rebellandczyków! Nie możecie się tu pojawiać, niezależnie od celu! Jeżeli natychmiast nie opuścicie tego świata i nie wrócicie do Piekła... będę zmuszony osobiście zabić Was wszystkich!

Nicholas: Rozumiem. Nigdy się nie zmienisz. Jestem więc zmuszony walczyć z Tobą... Nie pozwolę zabijać Ci moich przyjaciół!

Wyjął miecz i zaatakował brata, raniąc go w rękę. Adam był zmuszony również wyjąć miecz i walczyć z bratem. Nagle podszedł do nich jeden z Demonów.

Richard: Nicholas, wystarczy. Centaury zrobiły swoje. Zemsta się dokonała.

Nicholas głośno się zaśmiał.

Adam: Jaka zemsta, dranie!?

Miał podejrzliwą minę.

Richard: Takiś ciekawy? Biegnij sprawdzić, jak się mają Twoi przyjaciele. Nie najlepiej z nimi.

Adam: Dranie! Coście zrobili!?

Chciał zaatakować mieczem Richarda, jednak Nicholas stanął pomiędzy nimi i skontratakował.

Richard: HELL GATE.

Pojawiła się ogromna, płonąca brama, zrobiona z ludzkich kości i czaszek.

Nicholas: Od ponad tysiąca lat traktujesz mnie jak śmiecia. Przywykłem do tego. Nigdy jednak nie daruje Ci zabijania moich przyjaciół. Teraz przyszedł czas, abyś za to wszystko zapłacił. Miłego dnia, Adam.

Wszedł z Richardem do bramy. Inne Demony również wchodziły do bramy i wracały z powrotem do Piekła. Zdesperowany Adam biegł i szukał swoich przyjaciół. Nagle zauważył grupę Centaurów, masakrującą zwłoki Aniołów. 

Adam: Zostawcie ich! APNEA.

Centaury zdąrzyły uciec, zanim atak zdołał je dosięgnąć. Adam podbiegł do poległych Aniołów. Był zszokowany. Podleciała do niego zakrwawiona Evangelina. Z jej oczu zaczęły lać się łzy.

Peter: Choleraaaaa! Obudźcie się! Przyjaciele!

Evangelina: Próbowałam im pomóc, ale nie dałam rady... Przepraszam.

Mężczyzna spojrzał zrospaczony na kobietę.

Adam: Nie martw się! Oni zaraz się obudzą! Ożywię ich!

Na jego twarzy pojawił się histeryczny uśmiech. Wierzył głęboko, że nic się nie stało i będzie w stanie ożywić przyjaciół. 

Evangelina: Adam...

Adam: Przecież znam tysiące ataków, żyję tyle lat! Któryś musi zadziałać! Użyję najsilniejszego! BLESSING.

Ciała poległych przyjaciół zaświeciły się, po czym zgasły.

Evangelina: Adam, to na nic! Spójrz prawdzie w oczy! Oni umarli! Nie istnieje w całym świecie atak, który jest w stanie zwrócić czyjeś życie!

Uśmiech zniknął z twarzy Adam.

Adam Więc po co uczyłem się ich całe życie, jeżeli teraz nie potrafię nawet ocalić moich przyjaciół!?

Zaczął wrzeszczeć i płakać.

Adam: To Rebellandczycy ich zabili! Te śmieci! Nienawidzę... Nienawidzę ich!

Kobieta patrzyła ze współczuciem na zrozpaczonego przyjaciela. Wspomnienia zniknęły.

Evangelina: Tamtego dnia przeżyłeś tragedię, która doprowadziła Cię do obłędu. Od tamtego momentu nienawiść w Twoim sercu była coraz większa. Zabijałeś każdego Rebellandczyka, jakiego tylko spotkałeś. Miałam wśród niech wielu przyjaciół, ale Ty... Nawet ich nie oszczędziłeś. Zaślepiła Cię nienawiść. Pan stwierdził, że musisz się zmienić i pozbawił Cię tytułu Archanioła. Za karę, zostałeś zesłany do Rebelland i zamknięty w Bramie Brzasku. Ale to nic nie dało.

Przytuliła mężczyznę.

Evangelina: Mimo tego, że wszyscy stracili nadzieję, ja nigdy tego nie zrobiłam. Nigdy Cię nie nienawidziłam. Uważam, że wszystkim należy wybaczać, jakąkolwiek zbrodnię by popełnili. Czasami jest ciężko, czasami zbrodnia jest potworna. Zawsze jednak powinniśmy karać, a następnie wybaczać, bo inaczej nienawiść zacznie nas niszczyć.

Adam uśmiechnął się i przytulił kobietę. Po jego policzku polała się łza.

Adam: Evangelino... Przepraszam.

Wstał i podniósł ręce do góry.

Adam: BLESSING.

Ciało Rosemary, Evangeliny i Vincenta zaświeciło się. Wszelakie rany, jakie mieli, zniknęły. 

Adam: Wasza wola jest ogromna. Blessing uzdrawia kogoś tylko wtedy, jeżeli inni głęboko tego chcą. Wasza chęć wspólnego szczęścia jest na tyle ogromna, że byłem w stanie uzdrowić Was wszystkich... Już wiem, czemu tamtego dnia pojawiłaś się na Polach Elizejskich... Tak jak przypuszczałem, stałaś się cudownym Aniołem.

Po policzkach Evangeliny pociekły łzy.

Evangelina: Nie można użyć Blessing na sobie, prawda?

Mężczyzna uśmiechnął się.

Adam: Wiesz... Jest coś, o czym zawsze chciałem Ci powiedzieć, lecz nigdy nie miałem na to odwagi... Ja...

Padł na ziemię. Evangelina podbiegła do niego i położła jego głowę na swoich kolanach. Mężczyzna nieżył. 

Evangelina: "Chciałeś mi coś powiedzieć... Nie zdążyłeś."

Zaczęła bardzo głośno szlochać.

Rosemary: "Już rozumiem. Więc nie chodziło o Twój honor, tylko o jego. Teraz już rozumiem, dlaczego nie było w Tobie nienawiści, tylko smutek. Ehhh... Evangelino."

Ad blocker interference detected!


Wikia is a free-to-use site that makes money from advertising. We have a modified experience for viewers using ad blockers

Wikia is not accessible if you’ve made further modifications. Remove the custom ad blocker rule(s) and the page will load as expected.

Więcej z Fandomu

Losowa wiki